|
TVP znów pokazała na co ją stać, a właściwie na co jej nie stać: na rzetelną publicystykę i swobodną wymianę opinii na kontrowersyjne tematy. Telewizyjna Jedynka zaprezentowała 1 lutego film „Towarzysz generał” a zaraz po projekcji debatę w studio na jego temat. Obie pozycje przypominały programy z innej epoki. Nie chcę tu dłużej zajmować się samym filmem ani jego bohaterem. Generał znajdzie zapewne wielu obrońców, film wielu krytyków. Obrońcy, jak i krytycy będą przy tym mieli ułatwione zadanie, dzięki, oględnie mówiąc, mizernemu poziomowi warsztatowemu i merytorycznemu filmu. Co naprawdę trapi to niezmienne nadużywanie TVP do jednopartyjnych celów.
Można mieć bardziej nieprzejednany albo bardziej wyważony pogląd na temat generała Jaruzelskiego. Opinia publiczna jest zresztą na tym tle zdaje się mniej więcej fifty-fifty podzielona. Choćby z tego względu, podejmując ten temat wypadałoby, wydawałoby się, uwzględnić racje obu grup a także, przynajmniej, wysłuchać argumentów adwersarzy. Wypada to szczególnie autorom filmu, określonego jako dokumentalny (a więc z definicji możliwie obiektywny) a także telewizji wciąż noszącej miano publicznej i mającej obowiązek prawny, nie mówiąc o etycznym, prezentowania wielości poglądów.
Tymczasem ani redaktorzy odpowiedzialni za emisję, ani redaktor prowadzący debatę po projekcji nie widzieli takiej potrzeby. Przeciwnie, puszczono w programie ogólnopolskim w porze największej oglądalności ewidentnie jednostronny film. Następnie, prowadzący dyskusję stanowczo wystąpił w obronie filmu (jakby to była jego rola?), powołując się na prawo do swobody twórczej autorów a także próbował nie dopuszczać do krytycznych wypowiedzi.
Już na marginesie: żarliwa obrona „swobody twórczej” była mimowolnym przyznaniem, że film jest nieobiektywny. Podobnie wypadła obrona obecnego „profilu” TVP w odpowiedzi na zarzut jednego z uczestników debaty, że film wpisuje się w metody i stylistykę PISu.
Właściwie tego typu filmy i programy w TVP nie powinny więcej szokować. To już niemal recydywa. Trudno jednak nie zastanawiać się nad powodami decyzji puszczenia tu i teraz filmu, który nie powinien nawet (może tym bardziej) znaleźć się w niszowym kanale TVP Historia, gdzie odbyła się pierwotnie jego premiera. Wolno przypuszczać, że za projekcją krył się jakiś szerszy zamysł. Film był już raz emitowany, po czym mocno reklamowany puszczony ponownie w Programie I, więc o wypadku przy pracy nie może być mowy. Jedna z możliwych hipotez: rusza kolejna kampania wyborcza. Być może jest jakiś nowy scenariusz spolaryzowania wyborców. Również przy użyciu telewizji publicznej, a dokładniej mówiąc partyjnej. |