Włodzimierz Odojewski
(fragmenty) Jednym z mało znanych aspektów historii PRL były dyskretne kontakty polskiego świata kultury i nauk humanistycznych z nadającą z terenów RFN "dywersyjną" rozgłośnią polską Radia Wolna Europa. Wszystkie nici tej współpracy kulturalnej zbiegły się w którymś momencie w pańskim ręku, kiedy w latach 1972-1989 był pan kierownikiem literackim RWE i zorganizował sieć liczącą ponad 160 autorów korespondentów. Czyżby nikt wcześniej nie wpadł na pomysł wprowadzenia na antenę monachijskiej rozgłośni ludzi z kraju?
Nawiązanie współpracy w tym czasie nie było takie proste. Niejeden jeszcze pamięta, że nawet utrzymywanie znajomości z człowiekiem, który wybrał przeciwną stronę barykady, mogło mieć groźne następstwa, a co dopiero współpraca za pieniądze z instytucją będącą aktywnym uczestnikiem zimnej wojny. Bali się tego zresztą wszyscy, po tej i po tamtej stronie. Jan Nowak-Jeziorański, kierujący sekcją polską RWE do 1975 r., panicznie obawiał się wpadki, zwłaszcza po ujawnieniu penetracji rozgłośni przez wywiad PRL, choćby kpt. Czechowicza, któremu udało się przeniknąć do radia i dostać u nas pracę.
Nikt zatem nie chciał podejmować takiego ryzyka?
Na pewno niektórzy chcieli, ale w praktyce z RWE współpracowali w sposób całkowicie utajniony jedynie nieliczni krajowi dysydenci, ludzie o zdeklarowanych poglądach antykomunistycznych, jak Kisiel (Stefan Kisielewski) czy Władysław Bartoszewski. Kontakty z tymi autorami utrzymywało jednak jedynie ścisłe kierownictwo rozgłośni. Sądzę, iż większe otwarcie na kraj zrodziło się na szczeblu amerykańskiego zarządu Radio Free Europe dopiero po odejściu Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Ten nowy etap zaczął się więc gdzieś na początku 1976 r. Uważano problematykę kulturalno-literacką za względnie neutralną i niezbyt konfrontacyjną dla strony komunistycznej. Amerykanie dali więc zezwolenie najpierw mojej redakcji. Należało też wypełnić lukę po wymierających autorach emigracyjnych, a zarazem odświeżyć i przybliżyć program radia do problematyki krajowej. W każdym razie na spotkaniach z nowym dyrektorem, Zygmuntem Michałowskim, i kierownikiem personalnym, a zarazem finansowym, Janem Mierzanowskim, dowiedziałem się, że mam wolną rękę w układaniu programu kulturalno-literackiego. (...) Ludzie ci pisali dla RWE nie tylko dla idei.
Sprawa honorariów została rozwiązana systemowo. W wyniku umowy Amerykanów z rządem Bawarii utworzono tzw. fundusz specjalny, który był zwolniony nawet od kontroli podatkowej niemieckiego Urzędu Finansowego. Z tego źródła można było czerpać na honoraria, ale także na zwrot kosztów, hotele i diety, jeśli nasz tajny autor przyjeżdżał do jakiegoś miasta na Zachodzie.
Jak te pieniądze przekazywano autorom?
Z kasy RWE zwolnione od podatku wypłaty zawsze brałem ja sam, na swoje nazwisko. Następnie wysyłałem je na konto lub adres podany przez autora, np. jakiejś cioci we Francji lub siostry w Belgii. Polacy już w tych czasach radzili sobie z takimi sprawami całkiem mądrze, bo zakładali konta w zachodnich bankach. A jeśli któryś z nich znalazł się w Monachium, wypłacałem mu osobiście, za pokwitowaniem. Oczywiście, autorzy raczej nie przychodzili do rozgłośni, tam też bano się gości z zewnątrz. Zresztą formalności, aby przejść przez filtr amerykańskich strażników, były kłopotliwe. Chyba tylko Andrzej Szczypiorski nie miał oporów, by brać przepustkę dającą prawo wejścia do gmachu. Spotykaliśmy się więc najczęściej w kawiarni na pobliskich kortach tenisowych. Oczywiście, nigdy nie wysyłałem tych pieniędzy na konto w Polsce. (...) Których autorów poznał pan osobiście?
Lista autorów jest bardzo długa i dziś już nie wszystkich mogę sobie przypomnieć. Na podstawie mojego notatnika można to zrekonstruować tylko częściowo. Mam tutaj np. nazwiska Kazimierza Brandysa, Jacka Bierezina, Grzegorza Boguty, Jerzego Ficowskiego, Mariana Grześczaka, Włodzimierza Boleckiego, Jarosława Abramowa, Marka Nowakowskiego, Adrianny Szymańskiej, Aleksandry Olędzkiej-Frybesowej, Jana Bratkowskiego, Stefana Bratkowskiego, Andrzeja Więckowskiego i wielu innych. Nie sposób nie wspomnieć o polskich historykach, jak profesorowie Andrzej Ajnenkiel, Marian Marek Drozdowski, Jerzy Łojek, Jacek Trznadel i Barbara Skarga. Byli wśród nich także wydawcy, jak Dobrosława Platt z Biblioteki Ossolineum czy Mieczysław Orski, redaktor naczelny miesięcznika "Odra". To oczywiście tylko niektóre nazwiska wyliczone z pamięci.
Ile płaciliście autorom nadsyłającym swoje prace?
Za całą powieść nadawaną u nas w odcinkach honorarium wynosiło ok. 2 tys. dol. Za cykle felietonów, komentarzy czy recenzji autor otrzymywał w ciągu roku np. 1-2,5 tys. marek. Chcieliśmy płacić na tyle dobrze (np. równowartość trzymiesięcznego wynagrodzenia krajowego), aby autor odczuwał wyraźną ulgę, nawet jeśli w kraju był spychany na margines czy szykanowany.
Rozmawiał Bronisław Tumiłowicz Żródło: Przegląd, 12.1.2004, Nr 3/2004, czytaj pełny tekst link |